niedziela, 24 stycznia 2016

Dwa tygodnie, córciu

Ozdrów mnie, ozdrów mnie


Pamiętam pewną rozmowę z moją mamą. Siedziałam sobie samotnie na łóżku, które kiedyś było w stanie pomieścić dwa ciała i płakałam. Mocno i najszczerzej, jak tylko potrafiłam. Uwalnianie emocji w postaci wylewania łez, krzyku, śmiechu czy jakiejkolwiek innej czynności, także musi być szczere. Nawet przed samym sobą, a chyba właśnie szczególnie wtedy. Więc siedzę tak, ciągnę nosem i już nawet zapominam o wycieraniu słonych policzków. Siada obok mnie kobieta, która bije ogromną miłością do mnie. Patrzy na mnie z czułością i współczuciem, choć może już dawno zapomniała, jak to się czuje. Próbuje pomóc, wysłuchać nie przerywając i nawet nie reagując na rzucane przekleństwa. Pamiętam zdanie, jakie wtedy wypowiedziała, a brzmiało ono następująco "wiesz, kiedy wyjechała Twoja siostra na studia tęskniłam dwa tygodnie, potem mi w miarę przeszło i zaczęłam sobie wszystko układać. Daj sobie te dwa poniedziałki, wtorki, środy i tak dalej. Zobaczysz, że będzie Ci lepiej". Dziś mogłabym do niej podejść i powiedzieć, że dałam sobie rok, dwanaście miesięcy, trzysta pięćdziesiąt sześć dni i nie czuję się lepiej. Chyba nie odziedziczyłam po niej radzenia sobie z rozczarowaniem, bólem, stratą i tęsknotą. Albo po prostu im więcej napotykasz ich w swoim życiu, tym łatwiej jest Ci je zaakceptować. Zmiana czegokolwiek zaczyna się w momencie, w którym dostrzegasz wadę lub błąd, którego chcesz się wyzbyć lub nad nim popracować. Ale musisz to wiedzieć Ty, nie osoby postronne, które szepczą Ci od samego początku, że coś jest nie tak. Zmiana pod presją kogokolwiek jest fałszywa i nie przyniesie zamierzonym efektów. Nie wiem, jak dla Ciebie, ale dla mnie szczerość jest najważniejsza. W czymkolwiek i wobec kogokolwiek. To smutne, ale często jesteśmy nieprawdziwi dla samych siebie. Oszukujemy odbicie w lustrze i nawet tego nie zauważamy lub zauważać nie chcemy. To trochę niehigieniczne zachowanie wobec naszej metafizycznej strony, która ma prawo rozwijać się przez cały żywot. Ale chce to robić w czystej atmosferze pod zdrowym przymusem. Nie chorymi nakazami i zakazami innych. Tyczy się to wszystkiego. Chęci schudnięcia, podjęcia decyzji o wyprowadzce, zmianie pracy, czy chociażby wyrzucenia z naszego życia, kogoś kto za wszelką cenę chce w nim zostać. Problem, że to raczej skrawki i korzenie tego kogoś w nas siedzą, a nie ta rzeczywista osoba, która w danej chwili pije wino z kimś innym, śmieje się ze słabych żartów i zasypia obok innych ust. Kiedy podejmujesz decyzję o zmianie czegokolwiek to musisz mieć świadomość jednostronności danej sytuacji. Ciągły efekt jojo, tęsknota za starym mieszkaniem, rozpamiętywanie szefa, czy przeglądanie wspólnych zdjęć z ex, jest niedozwolone i zaburza cały proces, nad którym tak ciężko się pracuje. Pamiętać trzeba jednak, że wysiłek przynosi efekty, więc praktycznie da się zrobić wszystko. Moim problem od zawsze jest przywiązanie. Od zawsze to znaczy od wtedy, kiedy to zauważyłam, zrozumiałam i przyznałam się do tego. Można to traktować, jako wadę i zaletę. Jednak pośród dzisiejszej rzeczywistość, wyzwolenia i traktowania życia, jako krótką przygodę, moja chwilowa zaleta zamienia się w mocną wadę, która często bywa nie do zniesienia. Przy rozmowie z moim przyjacielem, któremu kolejny raz płakałam w ramię, usłyszałam, że to piękne, że potrafię, tak pokochać w świecie pełnym kłamstwa, chwil i jednorazowych akcji. Nie chcę nikogo oceniać i musicie mi uwierzyć, że toleruję bardzo wiele, o czym będą mogły przekonać się osoby zostające tu na dłużej. Nie chcę też traktować się, jako coś wspaniałego, czy nierównego innemu człowiekowi, bo nie to miałam w zamiarze. Mam ochotę wspomnieć o tym, że lubię swoją wrażliwość. Wrażliwość, która często krzyżuje mi plany, bywa nieprzewidywalna i często nie wypuszcza mnie z łóżka przez cały dzień. Lubię ją, bo dzięki niej jestem, jaka jestem. Widzę, co widzę. Czuję, jak czuję. Jestem dla jednych skazą, dla innych błogosławieństwem. Muszę jedynie zaakceptować fakt tego, że nie będę kochana przez wszystkich, a tego bardzo bym chciała. Chyba dlatego, że miłości i czułości w moim życiu jest za mało. A najczęściej to ja za ten fakt odpowiadam. Mam w sobie aż jej nadmiar, ale albo ciężko mi się o niej mówi, albo nie jestem gotowa dać jej osobie, która w danym momencie by tego oczekiwała. Wbrew temu, co tu piszę i, co będę pisała, mówienie o uczuciach jest trudne. Pisanie to pestka i sama przyjemność, oddech na mrozie, taka pauza i chwila do refleksji, którymi nadmiernie grzeszę. Czasem szuflada nie wystarcza, a mówienie do siebie zaczyna wydawać się chore. Blog wydaje się być dobrą alternatywą i świetnym rozwiązaniem. Czy tak będzie?


1 komentarz:

  1. Tak, blog jest jak najbardziej świetnym pomysłem!

    Mimo, że nie zgadzam się do samooszukiwania, które może być często przydatne i szczerości, która jest przereklamowana- twój post bardzo przypadł mi do gustu. Podoba mi się twój styl pisania.
    Odchudzam się. Dzięki tobie w mig przeszedł mi apetyt, gdy tak mówiłaś o zmianach i zrzucaniu kilogramów. Wielkie dzięki!

    Pozdrawiam i zmian życzę!
    bjutifiut-lajf.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń